Te fakty miały miejsce prawdopodobnie około 19 września 1939 roku. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że od dwóch dni Armia Sowiecka była w trakcie zajmowania szerokiego obszaru wschodniej Polski zatrzymując w ten sposób większość wycofujących się fragmentów Armii Polskiej i biorąc do niewoli przeszło dwieście trzydzieści tysięcy polskich żołnierzy.
„New York Times" obwieścił tego dnia w nagłówku: „ Niemcy upolowały ofiarę. Część trupa, którego nie pożarły zagarnia Rosja Sowiecka w szlachetnej roli hieny przy niemieckim lwie" Warszawa biła się bohatersko przed niemieckim najazdem do 28 września i ostatnia bitwa Armii Polskiej miała miejsce w Kocku ( na północ od Lublina) dnia 5 października 1939 roku.
Przez 35 dni Polska walczyła z najazdem nieporównywalnie silniejszych Niemiec i ich nowego sojusznika, Związku Radzieckiego. Do dziesiątki tysięcy żołnierzy i oficerów, którzy zbiegli za granicę pod koniec Września, dołączyło się w trakcie wojny ponad 100 tysięcy innych, kontynuując walkę z Niemcami na innych frontach.
W tym samym czasie, wobec rozwijającego się konfliktu Rząd wydał polecenie rodzinom wojskowym udania się na wschód. Jechaliśmy więc z Piwnicznej poprzez Przemyśl załadowani w wagony kolejowe razem z moim ukochanym dziadkiem Franciszkiem, ojczymem Mamy i innymi rodzinami. W końcu skierowano nas do Stanisławowa, poczym do małej ukraińskiej wsi - Uhorniki. Tam zamieszkaliśmy w Domu Ludowym, który znajdował się przy drodze na początku wsi za dużymi błoniami obok lasu.
Było nas jedenaście osób. Rodzina Grocholskich, Wisia Stolarska -wnuczka pana Marciszewskiego- burmistrza Piwnicznej i inni.. Rozłożyliśmy sienniki do spania na podium. Niżej stały rzędy ławek dla widzów. Była jeszcze mała kuchnia i ubikacja na werandzie. Dzieci - to znaczy my - musiały chodzić do lasu po chrust i szyszki na opał. Znajdywaliśmy tam również jagody i poziomki, czasem trafialiśmy na zarośla z malinami. W domu gospodynią była Ukrainka, życzliwa dla nas. Jak pamiętam miała męża Polaka. Jej ojciec bardzo nas polubił i czasem pozwalał nam przychodzić do swojego domu który znajdował się na drugim końcu wsi otoczony wysokim murem pobielonym wapnem.
Wchodziliśmy tam przez drewnianą furtkę, którą musieliśmy od razu za sobą zamykać. Biały domek w środku w środku był otoczony ogrodem pełnym kwiatów i sadem. Był to inny świat, słońca i brzęczących pszczół. Przez bielone pnie drzew prześwitywał biały mur. Miejsce było zawsze bardzo jasne z delikatnym cieniem drzew i migotającymi kolorami kwiatów wśród których fruwały barwne motyle.
Właściciel - ojciec gospodyni nigdy nas nie zaprosił do swojego domu ale ogród był nasz. Na schodkach przy ganku często czekały na nas gruszki w koszyczkach i czasami kiedy nikt nie zdążył ich pozbierać widzieliśmy tylko po nich duże żółte plamy pod drzewami.
Mama dostawała również od niego miód, za który jak nam później opowiadała nie brał nigdy od niej pieniędzy. Las z chrustem i szyszkami pozostawał naszym codziennym obowiązkiem urozmaicanym przez jagody, poziomki i maliny. Zawsze szedł z nami syn gospodyni i generalnie nie wolno nam było samym oddalać się od domu.
W 1989 roku Telewizja Polska pokazała program o losach Polaków w czasie okupacji. W jednym z reportaży zobaczyłam raz jeszcze las w Uhornikach z komentarzem, że w tym miejscu od 1917 do lat sześćdziesiątych pochowano w tym lesie kilka tysięcy ludzi zamordowanych przez bolszewików.
Nasza ukraińska gospodyni często prała. Wrzesień był upalny i często wystawiała duże balie pod domem i wylewała wodę z mydlinami do ogrodu. Lubiłam się patrzeć jak szara ziemia staje się ciemna od wody i błyszczące pęcherzyki mydlin rozpryskują się na kamieniach. Od czasu do czasu mogłam mieszać te mydliny w dużej miednicy ustawionej na drewnianym stołku, zaraz obok metalowej tarki.
Gospodyni spocona i otoczona gorącą parą pomimo cienia drzew przed domem wylewała wodę pod płot szerokim gestem wzburzając pęd powietrza i wilgoci. Pewnego dnia zgubiła w ten sposób swój pierścionek z obrączką. Cały dzień przeszukiwano ogród. Ja nie uczestniczyłam w tej bieganinie i szukaniu. Wróciłam wieczorem do domu nie mogąc znieść tego zamieszania i płaczu. Było już ciemno jak wyszłam i oparłam się o płot. Nagle u moich stóp zabłyszczały się dwa metalowe przedmioty....
Z tej radości nasza gospodyni stała się naszą przyjaciółką. Szczególnie moją. Niektóre z moich wspomnień są mniej jasne. Nie pamiętam dokładnie czym mówili starsi. Czasem nawet nie wiem czy to naprawdę widziałam... Nie pamiętam mojego strachu, kiedy od czasu do czasu szukano nas w biały dzień i zapędzano nas do domu. Kobiety modliły się. My z nimi... Zasłaniały nas przy drzwiach. Za drzwiami stali mężczyźni z siekierami. My - modlitwa. Oni, że walka do ostatka. Z ulicy słychać było wrzaski: „rzezać polaczków!".
To słyszałam, lub znam z opowiadań. Tyle się modlono w tym czasie i w różnych intencjach, że wszystko mi się pozlewało w mojej pamięci. Jak woda wychlustywana z misek na płot. Pranie za praniem. Dzień za dniem...
Pamiętam jedno południe, sam środek dnia.
Stałam przy płocie i patrzyłam jak się zbliża do wsi grupa Ukraińców niosąc wysoko nad głowami nosze na których leżał człowiek. Miał otwarty brzuch, który dymił. Wszyscy okropnie krzyczeli. Gospodyni próbowała nas uspokoić. Któregoś dnia wbiegła do domu i rozglądając się wokoło, powiedziała szeptem, że szosą do Stanisławowa Rosjanie pędzą polskie wojsko. Kobiety płacząc zaczęły się modlić jak zwykle. Modliły się odmawiając nowennę do Matki Boskiej.
Zaraz po niej ustaliły, kto będzie chodzić na szosę. Bo trzeba w nocy, bo trzeba w dzień, bo nie wiadomo, kiedy będą jeszcze przechodzić...
Trzeba dyżury, nie pojedynczo...
Trzeba ustalić o kogo pytać. Co się dowiedzieć i czy będzie można podejść? A jak zabiją... To trzeba iść co najmniej we dwie. l tak cały dzień mówiły między sobą, aż do nocy. A my dzieci albo do ogrodu, albo do modlitwy. Już nie było kwestii chodzenia do lasu lub oddalania się od domu. Potem ktoś przybiegł, że ich widziano, że wojsko polskie znów przechodzi. Mama z siostrą chodziły codziennie na szosę. Pytały się o 5 - ty DAK.(Dywizja Artylerii Konnej). Mnie zabrały tylko raz. Ale do dzisiaj nawet z zamkniętymi oczami pamiętam ten widok: Żołnierze szli brudni, smutni i zarośnięci podtrzymując spodnie rękami z braków pasków. Ich mundury były zakurzone i potargane beż epoletów. Szosa była wypełniona wojskiem. Posuwali się powoli szurając butami bez sznurowadeł albo nogami owiniętymi papierem. Było ich po czterech albo sześciu w jednym rzędzie. Co jakiś czas jechał na koniu rosyjski żołnierz w czapce z czubkiem. Pewnego dnia jechały szosą czołgi. Mówiono, że jedzie Stalin. Mówiono że widziano kilku Stalinów jednocześnie. Pamiętam podobne do siebie twarze z typowymi wąsami w różnych czołgach. Rosyjska dywersja? Nikt nie wie ile w tym wszystkim było prawdy. Najlepiej stało się przy szosie obok drogerii. Z przejeżdżających samochodów wysiadały często Rosjanki ubrane w szlafroki z narzuconymi na nie futrami. Śmiejąc się same z siebie próbowały chodzić wykrzywiając nogami w butach na wysokich obcasach.
W końcu trzymając je w rękach wbiegały do sklepu. Przypominały ptaki egzotyczne z rozwianymi skrzydłami futer i różowymi lub seledynowymi pianami szlafroków. Po pewnym czasie wychodziły z drogerii, każda z kilkoma małymi okrągłymi mydełkami w rękach. Próbując znowu swoje nowe buty chodziły niezdarnie po szosie i w radosnym nastroju jadły te biorąc je za czekoladki. Wkrótce śmiech zmieniał się w pianę na ustach, którą wypluwały gwałtownie i cała historia kończyła się wymiotowaniem za drogerią.
Szeregi oficerów szły bez końca. Być może również w nocy, ale Mama chodziła na szosę tylko w czasie dnia. Pewnego wieczoru, kiedy wracała z Krysią do domu jakiś Ukrainiec zdarł z głowy mojej siostry czapkę z lilijką harcerską i uderzył ją w twarz. Mama próbowała tłumaczyć, że mundur harcerski jest praktyczny i wytrzymały dla jej dziecka i że stanowi jej jedyny ubiór. Od tego zdarzenia Mama zadecydowała, że jestem za mała aby chodzić z nią na drogę. Pomagałam dalej prać naszej gospodyni ucierając na tarce mydło na wiórki. Widzisz, dobrze , ze zostałaś ze mną mówiła mocząc pranie. Bardzo mi jesteś tutaj potrzebna i w razie czego zawsze możesz odnaleźć moje pierścionki. W ten sposób nie zobaczyłam jak Mama odnalazła Ojca. Wiem z jej opowiadań, ze spostrzegła go w jednym z mijających już ja szeregów. Zaczęła wołać powtarzając co chwila; Jesteśmy tutaj! Krysia, Basia i ojciec! Jesteśmy, Krysia, Basia i ojciec! Mój Ojciec szedł dalej nie odwracając głowy. Mama pobiegła z kolumną ale wkrótce w zamieszaniu straciła go z oczu i w końcu zawróciła. Następnego ranka była znów na drodze. Szukając swego brata. Teraz wiem, że mój Ojciec doskonale wszystko słyszał i rozumiał ale bojąc się o nasze bezpieczeństwo nie reagował na wołania. Razem z innymi doszedł do Stanisławowa gdzie wszyscy zostali umieszczeni w miejscowej szkole pod strażą kilku żołnierzy w starszym wieku. Rozdano im papierosy i trochę żywności.
Rosjanie czekali prawdopodobnie na dalsze rozkazy. Ojciec poświęcając swoje oficerskie buty i skórzany neseser uzyskał praktycznie cudem przepustkę na trzy godziny tłumacząc, że ma rodzinę w okolicy.