

TYTUŁ: HISTORIA MOJEGO OJCA
AUTOR: BARBARA GODFREYOW, EWA ANDRZEJEWSKA

Mój ojciec Władysław Godfreyow urodził się 16 maja 1886 roku w Tarnopolu. Jego rodzicami byli - angielskiego pochodzenia Adolf Godfreyow ( inżynier kolejowy) i Emilia Weber von Webersfeld z rodziny wiedeńskiej, obydwoje polskiej narodowości. Ukończył gimnazjum w Samborze i dzięki staraniom najstarszej siostry jego matki - Grafiny Kamilii von Wimpfen podjął służbę w przybocznej gwardii Cesarza austriackiego Franciszka Józefa.
Jednocześnie umożliwiono mu rozpoczęcie studiów medycznych na Uniwersytecie Lwowskim, które przerwała l wojna światowa. We wrześniu 1915 roku dostał się do niewoli rosyjskiej i został wywieziony do Jarańska (ok.1500 km za Moskwą) gdzie pracował jako lekarz („medyk") w szpitalu dla jeńców słowiańskich. Tam zaraził się tyfusem plamistym, z którego szczęśliwie wyszedł z życiem.
W listopadzie 1918 roku, po zakończeniu wojny i odzyskaniu przez wojnę niepodległości, powrócił do kraju i został mianowany porucznikiem i objął dowództwo batalionu celnego w Cieszynie, później w Dziedzicach, i na końcu w Szczawnicy.
W tym okresie został oddelegowany na studia weterynaryjne do Lwowa i po otrzymaniu dyplomu, przydzielono go do l Armii Górskiej w Nowym Sączu po czym w 1925 roku do 3-go Pułku Strzelców Konnych w Wołkowysku. Od 1927 roku będąc lekarzem weterynarii w 23 Pułku Ułanów Grodzińskich w Mołodecznie i w Podstawach (koło Wilna) przeszedł przeszkolenie dla oficerów sztabowych w Grudziądzu po którym został awansowany do stopnia kapitana i oddelegowany do 5 - tej Dywizji Artylerii Konnej (DAK) w Krakowie.. Podczas manewrów 1938 roku dostał zawału serca w wyniku czego przeszedł w stan spoczynku. Miał wtedy 53 lata.
Historia ucieczki z transportu do Katynia.
1 września wybucha II wojna światowa. Byłam wtedy małą dziewczynką. Mój ojciec w ramach mobilizacji został powołany do Armii Kraków z którą wyruszył na front. Przydzielono mu Pułk Piechoty liczący 2800 ludzi, w tym 82 oficerów i tabory konne. Bardzo szybko sytuacja się zmieniała w dramat. Wobec szybkiego progresu Armii niemieckich , po wielu walkach i przygotowaniach do walki przyszedł rozkaz przedarcia się w kierunku granicy wschodniej w celu przedostania się do Rumunii. Jako najstarszy rangą został wezwany do dowódcy, który oznajmił mu, że opuszcza oddział i udaje się bezpośrednio do Rumunii, powierzając mu ludzi i konie wraz z zabezpieczeniem finansowym w celu kontynuacji ruchu na wschód i połączenia się z resztą wojska polskiego.
Budził się kolejny upalny dzień i w powietrzu srebrzyły się nitki babiego lata. W ostatniej chwili dowódca wsiadając do auta, zatrzymał się jeszcze na chwilę radząc ojcu cichym głosem rozdać pieniądze żołnierzom i przedostać się do Rumuni na własną rękę. Po czym odjechał zabierając ze sobą rodzinę, służbę i kanarka w klatce.
Pomimo tego mój ojciec kontynuował marsz z oddziałem w kierunku granicy wschodniej przez Lwów, Tarnopol i Sambor. Należy przypuszczać, że w tym czasie duża część żołnierzy otrzymała pozwolenie opuszczenia oddziału. Pewnego dnia w trakcie jednego z postojów przy torach kolejowych z budki wyszedł na ich spotkanie kolejarz (tzw. budnik) szukając lekarza dla swoich dwóch córek chorych na anginę. Ojciec zbadał obie dziewczynki i dał im niezbędne lekarstwa. Po czym dorzucił „budnikowi" dwie krowy z taborów, mówiąc, że one już są niepotrzebne, a mleko bardzo się może przydać chorym. Zapadał wieczór, napływał chłód. Długo jeszcze kolejarz stał z krowami patrząc na odchodzących żołnierzy Bez szczególnych planów lub rozkazów oddział poruszał się wyłącznie nocami unikając dziennego światła i niemieckich samolotów rozpoznawczych. Przechodzili obok płonącego Borysławia i Drohobycza z ich szybami naftowymi w płomieniach. Nawet po tych męczących nocach trudno im było zasnąć i ich krótkie sny były również płonące. Mój ojciec zaczął mieć złe przeczucia co do przyszłości tego kraju i ludzi. Razem wypełniali bezsenne chwile rozmowami na ten temat, które snuły się jak mgły poranne po ciepłych jeszcze nocach. W niekończących się dyskusjach starali się zapominać o rzeczywistości mówiąc, że nie wierzą w gusła i przepowiednie.
Wspólnie rozmawiali o tym, że człowiek w swojej naturze jest nieprzewidywalny i wszystko nawet nadzwyczajne może się przydarzyć. Ojciec wyobrażał sobie, że pewnego dnia, kiedyś w przyszłości będzie możliwe odnaleźć głosy ludzi sprzed tysięcy lat, które są stale gdzieś, zagubione w przestrzeni... Mówił również , że ludzie będą latać na inne planety. Potem jednak tematy wracały do rzeczywistości. Ojciec często wyciągał z portfela obrazek Matki Boskiej i wszyscy mówili sobie, że trzeba przejść przez życie uczciwie. Rozmowy, czy modlitwy? Jak poranne mgły...
Pewnego razu postanowili opuścić lasy, które chroniły ich dotychczas i zejść nocą do ukraińskiej wsi. Oficerowi i żołnierze umieścili się w stodołach, a Ojciec usiadł na pniu drzewa przed wejściem i drzemał. Ludzie spali w stodole. Nagle budząc się przez kurę która spadła mu na kolana usłyszał odgłosy zbliżających się ludzi.
Obudził wszystkich szybko i razem wycofali się do lasu. Po pewnym czasie zdecydowali się powrócić do wsi, tylko po to, żeby się dowiedzieć od spotkanej kobiety, że obecność oddziału została doniesiona do armii sowieckiej, która ma zamiar tu przyjść i wszystkich wymordować. Moja siostra Krysia wspomina opowiadania o potyczce, która miała miejsce tej nocy pomiędzy oddziałem Ojca i Rosjanami, którzy wobec przewagi liczebnej wycofali się i powracając następnego dnia z czołgami. Tym razem postanowiono, że oddział nie będzie opuszczać lasów. Zatrzymali się na odpoczynek na dużej polanie. O świcie wartownicy zameldowali, że zbliża się siedem sowieckich czołgów i wkrótce całe miejsce zostało otoczone. Nastąpił długo moment napiętej ciszy, która trwała i trwała...
W końcu głos z megafonu oznajmił, że wszyscy są bezpieczni i nikomu nic się nie stanie, po czym wezwał, żeby oficerowie oddzielili się od żołnierzy składając broń, sztandary i mapy wraz z dokumentami sztabowymi. Żołnierze w przeciwieństwie do oficerów mogli usiąść. Po około trzech godzinach wszyscy oficerowie dostali nakaz klęknięcia z rękami na karku. Minęło znów kilka godzin. Mogli wreszcie opuścić ręce.
Grupa ta zawierała 82 oficerów i podoficerów w tym trzech lekarzy weterynarii: Muck i Stuber z Małopolski, czyli z Nowego Sącza i mój Ojciec. Ta sytuacja trwała całą dobę. W końcu głos z megafonu zażądał dowódcy i odprawy oficerów. Mój Ojciec zgłosił się pierwszy. Następnie po odebraniu im wszystkim dokumentów osobistych rozdano papierosy. Ze swej strony żołnierze zajmowali się wygrzebywaniem resztek ziemniaków z kiedyś uprawianego kawałka ziemi na polanie. Wszyscy byli bardzo głodni. Po pewnym czasie oznajmiono żołnierzom, że są wolni i mogą opuścić to miejsce. Większość z nich zdecydowała się odejść w grupach w różnych kierunkach.
Natomiast oficerowie zostali zebrani w kolumnę i po kilku godzinach wydano rozkaz wymarszu na Stanisławów. Kolumna pod nadzorem żołnierzy sowieckich na koniach maszerowała w stronę wagonów kolejowych ale w ostatniej chwili zmieniono kierunek na pobliska szosę. Wkrótce mój Ojciec zorientował się, że Rosjanie otrzymują sprzeczne rozkazy, które przychodziły po długich okresach czasu - prawdopodobnie z daleka. Zaczął mieć bardzo złe przeczucia i znając już niewolę rosyjską bał się tam powrócić jeszcze raz. W takim wypadku zastanawiał się nawet nad ideą odebrania sobie życia, ale wiedząc, że rodziny oficerskie zostały wywiezione do Stanisławowa i mając tam kilku znajomych, czekał na wydarzenia.